Tag: BOMBAT BELUS

Punk’n’Roll is Alive vol 3

Dwie upojne noce w Fugazi w rytmach punk’n’rolla z czołówką polskich kapel grających ten rodzaj muzyki i pierwszorzędne koncerty. Frekwencja mogła być trochę lepsza i to napawałoby optymizmem przy kolejnych edycjach, jeżeli dojdą do skutku, ale przejdźmy do meritum.

Berlińczycy wbili w pociąg i zapomnieli zabrać ze sobą basistę Toma, jak się okazało później zaspał i cisnął następnym wolnym. Trochę się spóźnił, ale chłopaki grali koncert jako ostatni, więc po przyjeździe zdążył jeszcze napić się polskiego browca. Pierwszy wystartował Saint Hex brudny rock’n’roll rodem z lat 70. Scott Morgan byłby zadowolony słysząc tyle inspiracji jego muzą. To był ich drugi, występ jaki widziałem, wcześniejszy był w knajpie dla 5 przypadkowych motocyklistów. Chłopaki robią szybkie postępy, a małolaci na gitach czują tą muzę w kościach. Zaraz po nich Bombat Belus trio psychobilly, a w zasadzie jest ich 4, bo na ich koncertach czuje się, że Miecio Mutant zapierdala na wiśniówce obok Patreze – szacuneczek Panie Mietku. Potem wskoczyło Poison Heart i znajomki rozkręcili potańcówkę pod sceną. Ciężko pisać o własnej kapeli, ale musiało być spoko, bo w tańcu podczas darcia papy dostałem w ryja od jakiegoś przypadkowego skinheada, podobno niechcący 😉 Występ na totalnej petardzie pocisnęli Niemcy. Piękny strzał grali ponad godzinę, bo publika nie dała im zejść ze sceny. Materiał z nowej płyty żre na lajfach pięknie, jedyny problem stwarzała miejscami akustyka. Widać, że gość na suwakach szukał dziury w dupie i jej nie znalazł :P. Kondycja chłopaków z Hell Nation Army wysoka, pewnie uda się jeszcze ich zaprosić do Poland’u, bo bardzo się im podobało, a poznaliśmy się na tyle, że widać było, że nie ściemniają żeby było miło. Pierwszy dzień skończył się na backstage zlaną piwskiem podłogą, gronem przypadkowych ludzi, zapomnianych kurtek, a wszystko w otulinie chmury nikotynowego dymu i setek wypowiedzianych kurwa głównie przez Niemców z radością dziadka krzyczącego bingo w amerykańskim filmie.

Poranny łyk wody z wiadra i wbita na autobus – trzeba Niemcom starówkę „pokazać” i przy okazji poopowiadać, czemu ona taka młoda. Chłopaki zaskoczyli nas swoją dużą wiedzą na temat Warszawy. Wszystko zakończyło się pierogami pod Zamkiem Królewskim z dużą ilością piwa. Na drugi dzień dotarliśmy bez Biffa (gitarzysta HNA), niestety musiał wracać do Berlina, nie przeszkodziło to jednak Niemcom zrobić niespodzianki warszawskiej publiczności i zaraz po występie najlepszym z dotychczas jakie widziałem zespołu Tiger Skull, zmiana akustyka spowodowała, że gity bardzo przyjemnie płynęły na ich występie. Zaraz po nich Hiden Show i Hell Nation Army w krótkim, ale jakże energetycznym secie bez Biffa, w jednym numerze ze wsparciem Sontka i Eltona (Poison Heart). Zaraz przed rozpoczęciem koncertów wjechała ekipa z Krakowa zmordowana dzień wcześniej występami w bardzo gościnnych Kozienicach (Zieleniak Pub) – o tym miejscu krążą legendy, ale uwierzcie mi byłem tam i miano „Dom Zły” to właściwe określenie, jak się spojrzy rano w lustro 😉 Szybko podratowaliśmy chłopaków bojanem, kilka liści na twarz i byli gotowi, żeby pozamiatać na stołecznej scenie. Bomb The World i od pierwszego numeru kop w ryja, jeżeli tak grają kolesie, którzy są w zdewastowanej formie to jestem w stanie uwierzyć, że grając na flaszkach po żytniej mogliby otwierać mecze Wisły. Spójny i dynamiczny set Headless Babies nie dał wytchnąć, a do akcji wkroczyli psychobill’owcy, fajny set i widać, jak z coraz większym luzem i przyjemnością goście wykonują swoją robotę. Jeżeli ktoś sobie wyobrażał, że to już koniec i będzie można iść się odlać do damskiego kibla całego w latających penisach, to narobił w gacie. Wjechał walec: Dizel i ich lajf równał wszystko, co spotkał na drodze, ludzie dostali amoku i mimo, że nie było ich wiele dało się odczuć energię i petardę, równego, bezbłędnie zagranego seta. Dizel bardzo profesjonalnie podchodzi do swojej muzycznej pracy i oddają to potężnym uderzeniem pod sceną. Pozamiatane!

W dalsze historie i tak mi nikt nie uwierzy, bo mało kto pamięta co tam się działo. Nie wszyscy trafili do domu, a pod barem zapanował język esperanto, bo na pewno nie był to angielski. Jeśli ktoś nie wierzy w przyjaźń polsko-niemiecką i warszawsko-krakowską to mógł się o niej wtedy przekonać. Zgubiona gitara, kurtka, zegarek, czyjaś dziewczyna…  Punk’N’Roll is Alive !!!

 Elton

 



Copyright © 1996-2010 Punk'N'Rollers. All rights reserved.
Jarrah theme by Templates Next | Powered by WordPress

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Serwis polecany przez: Polecane Strony, Najlepsze Witryny, Polecane Linki, Superkatalog oraz Open Site Directory.